Delikatny błysk kropelek rosy grał w jego oczach. Powoli spływały z liści ciemnozielonego bluszczu na żółte jak słońce kwiaty mniszka. Co raz siadały na nich małe rusałki z tęczowymi skrzydły, aby swoją długą trąbką spijać z ich wnętrza nektar.
Delikatnie zrobił krok, ale mimo to w jednej chwili do nieba poleciała tęcza delikatnych błonek podnoszących wątłe ciałka motyli. Wzbijały się do góry trzepocąc delikatnie. Jak lekka mgła złożona z kolorowych barw całego świata uniosły się do chmur. A białe, puchate obłoczki sunęły delikatnie po lazurze nieba, czasem zasłaniając naszą gwiazdkę. Nie w smak było to jedynie małej jaszczurce o skórce zielonej jak młoda, wiosenna trawka w czerwone drobne plamki. Siedziała na płaskim jak stolik, ciemnym kamieniu, porosłym tu i ówdzie mchem, na którym leżały ciemnozielone jeszcze igły pobliskiej sosenki. Wyniosła panienka dawała orzeźwiający cień na inny równie płaskim kawałku piaskowca. Skakały tam żabki rechoczące wesołe piosenki o urokach pięknego dnia. Chowały się ślimaczki o słomkowych muszelkach z czarnymi jak heban paskach. Na pobliskim buku o wielkich jak dłoń liściach śpiewały najróżniejsze ptaszki: kolorowa kraska, niepozorny wróbelek, a wtórował jak na bębnie dziobiąc rytm zielony dzięciołek we swym nierozłącznym czerwonym bereciku. To przelatywały jemiołuszki, to dudek ze swym czubem, znowu gile pojawiały się w gałęziach drzew prężąc swe karminowe brzuszki.
A on tylko siedział na trawce, dmuchając dmuchawce, które niczym kłębuszki waty wzbijały się do góry, aby delikatnie opaść na swych małych spadochronkach. Przyleciały leniwie sierpóweczki. Szare gołąbki gruchały wesolutko koło niego. Nawet komar miał tu swój czar. Bzykał piosenkę przyrody jak najwspanialszy na świecie saksofonista, nikomu krzywdy nie robiąc...
- Jak ja lubię cmentarze... - odetchnął Filemon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy komentarz jest dobrze widziany. Lubię konstruktywną krytykę.