KSIĘGA I
Rozdział 1: "Spokój"
Filemon szedł spokojnie zaśmieconymi uliczkami Berneru-jednej z najbardziej niebezpiecznej dzielnic w mieście. Był to duży, potężny kot o długiej, białej sierści. Na lewej łapie miał dobrze widoczną dużą bliznę-pamiątkę po jednej z licznych walk. Nie był już młody , ale nadal odznaczał się ogromną siłą, pozostałą z czasów, kiedy był młodym, obiecującym politykiem, pochodzącym z arystokratycznej rodziny de la Levios. Obecnie był jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców, do czego przyczyniły się wydarzenia sprzed wielu lat.
Była środa po południu. Kocur przechodził właśnie przez Plac Królewski, na którym co sobotę odbywał się jarmark, gdy zaczepiła go uliczna przekupka.
-Witam szanownego pana. Kupi pan coś u mnie?-Filemon bacznie zaczął się jej przyglądać: była to młoda, nierasowa kotka o białym futrze w czarne, duże łaty.
-Ach, to ty Agato! Myślałem, że zawsze sprzedajesz w dzień handlowy. Czy coś się, może, stało?-zapytał zaskoczony kocur.
-Nic, szanowny panie Filemonie. Kupiłam okazyjnie trochę świeżych warzyw i owoców, a do soboty pogniłyby.-wytłumaczyła kotka.
-Aha... Dobrze Agato, czy masz brzoskwinie?
-Czy mam brzoskwinie?! Też pytanie! Czy pan mnie obraża?! Oczywiście, że mam!-oburzyła się kotka-Ile zapakować? Kilo,a może cztery?
-Dwa kilogramy. Więcej moja droga Agato, nie zjem do soboty.-odrzekł Filemon.
Kocur zaśmiał się w duchu z prostej i poczciwej przekupki: "Czy ona nie wie co to jest lodówka. Wiem, że ona zawsze miała dziwne, a wręcz niebezpieczne pomysły, ale teraz to ona już, chyba, przesadza: sprzedawać na tym placu w środku tygodnia! Każdy w miarę normalny kot z Berneru, siedzi w domu, aby "przypadkiem" nie zginąć, a każdy inny omija tą dzielnicę, nawet w sobotę, szerokim łukiem. Czy ona jest tak odważna? A może tak szalona?"
Jego rozmyślania przerwała sama Agata dając mu dwa kilo dorodnych, soczystych brzoskwiń w zielonej reklamówce.
Filemon wziął zakupy, pożegnał się i poszedł dostojnym krokiem w stronę domu.
Szedł ulicą jakich tu było wiele: szara, wąska, tajemnicza. Nie było tutaj widać nikogo, nie licząc robactwa pełzającego po najciemniejszych zakątkach, gdzie pełno było śmieci: rozbitych butelek i zgniłych resztek. W górze, ponad głową kocura wisiały stare, zniszczone linki do rozwieszania prania, pamiętające czasy świetności Berneru. Prawie wszędzie widać było cegły spod tynku, który odlatywał od kamienic wielkimi płatami. W wielu miejscach można było zobaczyć resztki rynien i powybijane lub zabite okna. Strach i przerażenie, które ogarniało prawie wszystkich przechodniów, potęgowały, widoczne gdzie nigdzie, plamy jakby od krwi i jakieś sylwetki namalowane białą farbą na jezdni. Jednak widok ten nie robił na Filemonie już wrażenia-mieszkał tutaj wystarczająco długo, aby się zdążyć przyzwyczaić.
Kocur idąc pogrążył się w rozmyśleniach nad swoim życiem. Choć wiedział, że nie da się cofnąć czasu często "wyłączał się" rozmyślając, co by było gdyby... Żałował wielu własnych decyzji to bardzo-całym swoim sercem. Pogrążony w myślach doszedł do domu. Kamienica nie różniła się od innych ją otaczających, może z tą różnicą, że wszystkie okna były całe.
- Cześć Filemon! Co przyniosłeś?-przywitała kocura od drzwi mała, rudo-biała kotka.
- Co? Aha... no... cześć. O co się pytałaś Marysiu?-ocknął się, nie bardzo pewien gdzie jest.
- Pytałam: co przyniosłeś?! Czy w tym domu już nikt mnie nie słucha?!
Filemon popatrzył na nią z uśmiechem, myśląc: "No cóż, chyba nie." Nie chciał jednak jej zrobić przykrości, dlatego milczał, tak jak milczał o wielu innych, mniej przyjemnych sprawach. Filemon przygarnął ją i jej siostrę parę miesięcy temu, ratując je w ten sposób przed ojcem pijakiem. Matka ich wtedy już nie żyła, a innej rodziny w okolicy nie miały. Ojciec traktował je jak niewolnice, a gdy Filemon odebrał kotki on nawet tego nie zauważył. Tyle one same wiedziały i nie chciały mieć z ojcem nic wspólnego, dlatego nigdy nie spytały się kocura co się stało z nim, choć pytanie nurtowało je nie od dziś.
- Przyniosłem brzoskwinie od Agaty.-odpowiedział wreszcie Filemon na zadane pytanie.
- Super! Uwielbiam brzoskwinie! To Agata dzisiaj sprzedaje? To jest dopiero ciekawe! A, Filemonie, dlaczego dziś, a nie w sobotę?-z każdym słowem gadulstwo i ciekawość małej niebezpiecznie wzrastało dla Filemona, który pod nawałem słów i ciekawości mówił o wiele więcej niż chciał na dany temat powiedzieć. Postanowił działać.
- Marysiu, a ty przypadkiem nie powinnaś się uczyć, przecież sama mówiłaś, że masz sprawdzian z tej... Jak wy to teraz nazywacie? Aha, już wiem! Z tej matmy
- Ależ Filemonie, cóż ja mogę kuć z matmy w pierwszej klasie podstawówki? Dodawać i odejmować umiem, a nawet mnożyć i dzielić trochę... Cóż mi więcej jest potrzebne? Mówiąc szczerze, to nie wiem po co chodzę do budy!? Przecież jak umiem policzyć forsę, to po co mi inna wiedza?
- Po to, abyś wiedziała co to jest lodówka, a nie jak Agata sprzedawała w środę, na dodatku w marcu owoce na Bernerze!-Filemon zorientował się, że (po raz kolejny) Maria wyciągnęła z niego informacje. Postanowił pozbyć się wreszcie tego wieczoru kotki, aby mieć święty spokój i nie powiedzieć niczego więcej, czego mógłby żałować. - A teraz milcz! Do lekcji!
Uśmiech z pyska kotki znikł teraz zupełnie, a ona sama leniwym krokiem udała się na górę, aby odrobić nienawidzone prace domowe na jutro.
Filemon z racji swojego charakteru i uosobienia wolał przebywać sam na sam ze swoimi myślami typu "co by było gdyby..."
Wybiła siódma na starym zegarze kukułką. Słońce zachodziło. Filemon leniwie sięgnął po pilota, aby włączyć telewizor. Właśnie zaczynały się "Wiadomości" na kanale regionalnym. Były prowadzone "nudno", wiadomości było mało, a niektóre były nieprawdziwe, ale przecież w kłamstwie także tkwi ziarnko prawdy. Spikerka rozpoczęła swym nużącym głosem, czasami brzmiącym jak za grobu...
"Witam państwa, dnia 6 kwietnia o godzinie 19.00. Dziś rano około godziny, eee... gdzie to pisze? Aha! Mam... Około godziny 10.00 uprowadzono jedną z najlepszych uczennic najlepszej szkoły żeńskiej w dzielnicy Berner, na ulicy... Jaka to była ulica? Już wiem!... Na ulicy Włodkowica 3 czyli gdzieś w okolicach... Nie, przepraszam! To znaczy... w samej szkole. Świadkowie twierdzą, że godzinę przed tym zdarzeniem kręciło się wokół szkoły trzech... Nie trzech? Pan producent, twierdzi, że świadkowie nie podali dokładnej liczby sprawców. Więc tak... hmmm... świadkowie twierdzą, że kręcili się wokół szkoły ubrani na czarno. Ja osobiście uważam, że świadkowie dobrze zrobili ubierając się na czarno, bo czarny wyszczupla. To nie świadkowie? Pan producent teraz twierdzi, że to podejrzani byli ubrani na czarno. No cóż... Każdy może się pomylić. Do widzenia państwu."
Kocur wstał i wyłączył telewizor, następnie włączył światło, ponieważ zrobiło się dość ciemno zarówno w domu jak i na dworze.
W domu było czysto i przytulnie. Na przeciwległej od telewizora ścianie znajdowała się potężna biblioteczka z "Wielką encyklopedią władców". Obok wisiał jakiś arras, przestawiający koronacje, a na podłodze leżał dywan z orientalnym motywem.
Kocur usiadł zamyślony na niebieskiej kanapie z wzorem wyszytym żółtą nicią.
"To już drugie porwanie z szkoły żeńskiej na Włodkowica. Jak to możliwe? Chodzą tam córki najbogatszych kotów z przestępczego półświatka Bad Town." - rozmyślał kot o wiadomościach z telewizji - "Pilnowane są tak, jakby były ze złota! Nic z tego nie rozumiem! Gimnazjum na Włodkowica jest terytorium neutralnym, tak samo jak gimnazjum męskie na Pandrewskiego czy podstawówka na Lorcza. Właściwie to kto porywa? Przecież raczej nikt kogo znam, a znam tu wszystkich. Sami ustalili, że to terytorium neutralne wszyscy tego przestrzegają. Więc kto? Chyba ktoś spoza tego regionu, ale może... Nie wiem, sam nie wiem. Co tu się, u licha dzieje?! Muszę się dowiedzieć! I nawet już wiem w jaki sposób..."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy komentarz jest dobrze widziany. Lubię konstruktywną krytykę.